„No Bullsh*t Strategy” – czyli marketing nie musi być trudny

Strategia - no bullshit strategy

Prawda jest bolesna: Olbrzymia większość zarządów firm tak naprawdę w ogóle nie ma żadnej strategii. Albo mylą strategię z aspiracjami twierdząc, że strategia to np. „zdobycie rynku” (co nie jest żadną wskazówką JAK to osiągnąć), albo uprawiają „bullsh*tting” – produkują imponująco brzmiące dokumenty pełne wizji, misji i wartości, które równie dobrze mogłyby opisywać każdą inną firmę w branży. Strategia, która pasuje do wszystkich, jest strategią dla nikogo.

Dlatego dziś polecam wam książkę „No Bullsh*t Strategy” Alex’a H. M. Smith’a.

Pułapka strategii „bycia lepszym”

Ale nawet te zarządy, które autentycznie chcą zarządzać strategicznie, myśląc o strategii skupiają się na konkurowaniu z innymi uczestnikami rynku: Chcą być szybsi, tańsi, bardziej innowacyjni, mieć lepszą obsługę klienta, itd. Tymczasem – jak tłumaczy to Alex Smith – jest to strategiczny błąd.

Rynek ma swoją logikę. Gdy firma A wypracowuje jakąś przewagę, firma B ją zauważa i kopiuje. Firma A reaguje, firma B odpowiada. Po kilku rundach tego wyścigu wszyscy gracze wyglądają niemal identycznie – mają te same funkcjonalności, podobne ceny, zbliżoną jakość. Klient nie widzi różnicy. Jedyne co różnicuje? Cena. I zaczyna się licytacja w dół.

I tak dokładnie wygląda codzienność niemal każdej brażny. Wszyscy grają tę samą grę i wszyscy na niej tracą. Smith nazywa to pułapką konwergencji: im bardziej starasz się być „lepszy od konkurencji”, tym bardziej się do niej upodabniasz.

Skuteczna strategia to oddanie pola konkurencji (sic!)

Wyjście z tej pułapki jest kontra-intuicyjne. Zamiast walczyć o pozycję na tym samym polu, należy to pole… opuścić!

Gdy firma celowo odróżnia się od rynkowych standardów – nie tylko zyskuje wyrazistość w oczach klientów, ale przede wszystkim przestaje być celem imitacji. Dlaczego? Bo kopiowanie jej strategii oznaczałoby rezygnację z rynku głównego. Żaden dominujący gracz nie zaryzykuje odcięcia sobie dużego źródła przychodów, żeby gonić za niszą.

Smith ilustruje to wieloma przykładami z książki, ja przytoczę jeden: SothWest Airlines (pionier lotnictwa low-cost) porzucił wszystko, co linie lotnicze uważały za standard – porty lotnicze hub, elastyczne bilety, jedzenie na pokładzie – tworząc model, którego tradycyjni przewoźnicy nie mogli skopiować bez kanalizowania własnego biznesu.

W każdym przypadku kluczowym ruchem nie było dodanie czegoś nowego. Było świadome samoograniczenie pola działania, ograniczenie oferty, skupienie zasobów i wysiłków na ograniczonym obszarze.

Paradoks przewagi małego gracza

To jedna z najciekawszych obserwacji. Wydawałoby się, że skupienie się na małym segmencie rynku to strategia z definicji ograniczająca wzrost. Tymczasem rzeczywistość jest odwrotna!

Małe pole bez konkurencji daje wysoką rentowność. Duże pole z ostrą rywalizacją generuje marże cienkie jak ostrze brzytwy. A paradoksalnie wręcz firmy, które wybierają niszę i bronią jej konsekwentnie, często wyrastają w gigantów – właśnie dlatego, że przez długi czas rozwijały się bez presji cenowej, budowały lojalne społeczności i reinwestowały zyski.

To właśnie jest strukturalna przewaga małych firm. Duży gracz nie może łatwo zawęzić swojego rynku, bo ma akcjonariuszy, działy sprzedaży ustawione na maksymalny wolumen, procesy zoptymalizowane pod skalę. Małej firmie o wiele łatwiej powiedzieć: „Ten segment nie jest dla nas” i zbudować coś wyjątkowego dla pozostałych. Walka małej firmy o cały rynek to samobójstwo. Skupienie się na fragmencie, którego nikt nie chce bronić, to może być fundament wieloletniego sukcesu. To jest przewaga małych firm!

Aby nie powielać przykładów z książki (mam nadzieję, że je sami przeczytacie) wystarczy się rozejrzeć, żeby zorientować się, że strategia „najpierw wąska nisza, potem skala” działa także w Polsce: InPost, wyrósł z niszy automatów paczkowych. Allegro, zaczynało jako serwis aukcyjny dla osób prywatnych. Shoper, zaczynał od oprogramowania dla sklepów internetowych. Dziś InPost opisuje się jako lider nowoczesnych usług logistycznych, Allegro jest najpopularniejszą platformą zakupową w Polsce, a Shoper liderem rozwiązań e-commerce w Polsce. To wszystko na starcie były rozwiązywania ze znacznie węższymi niż „obsłużyć wszystkich”, i właśnie to dało im czas na zbudowanie przewagi.

Jak znaleźć wolne pole rynkowe?

Smith proponuje oczywiście sposoby na identyfikację przestrzeni wolnej od konkurencji:

  1. Mapowanie kompromisów branżowych – Każda branża ma zestaw niepisanych zasad: co oferują wszyscy gracze i z czego wszyscy rezygnują. Zadaj pytanie: co klienci chcieliby mieć, a czego nikt im nie daje? Albo odwrotnie: z czego klienci chętnie by zrezygnowali, gdyby mogli dostać coś innego w zamian?
  2. Analiza „non-customers” – Zamiast skupiać się na obecnych klientach rynku, warto zapytać: kto dziś w ogóle nie korzysta z produktów w tej kategorii i dlaczego? Bariery, które odstraszają tę grupę, mogą wskazywać przestrzeń, w której można zbudować zupełnie inną propozycję wartości.
  3. Identyfikacja segmentów traktowanych po macoszemu – W każdej branży istnieją klienci, którzy nie pasują do standardowej oferty – są zbyt mali, zbyt wymagający albo mają potrzeby, których mainstream nie chce obsługiwać. Często to właśnie oni są najbardziej lojalni i skłonni płacić premię temu, kto ich w końcu zauważy.
  4. Szukanie napięć wartości – Co w danej kategorii jest traktowane jako konieczny kompromis? Czy musi być tanim, żeby być dostępnym? Czy musi być skomplikowanym, żeby być profesjonalnym? Odwrócenie tych założeń często wskazuje kierunek niezagospodarowany przez rynek.
  5. Śledzenie rozczarowania – Negatywne recenzje, frustracje w mediach społecznościowych, skargi klientów – to mapy białych plam. Tam gdzie rynek konsekwentnie zawodzi, leży szansa.

(Nie będę rozwijał każdego z tych punktów bo musiałbym książkę przepisać ;-))

Marketing nie musi być trudny

Formułowanie strategii w sposób proponowany przez autora ma również olbrzymi wpływ na marketing. Gdy firma ma jasno zdefiniowane, różnicujące się od rynku pole działania, marketing staje się… łatwy.

Nie trzeba wymyślać skomplikowanych narracji, budować wielowarstwowych przekazów ani konkurować o uwagę klienta abstrakcyjnymi hasłami. Wystarczy jasno wytłumaczyć: czym różnisz się od innych i dlaczego ta różnica jest wartościowa właśnie dla tego klienta.

Komunikat jest prosty, zrozumiały i – co najważniejsze – prawdziwy i skuteczny. Prawdziwy, bo oparty na realnym wyborze strategicznym, a nie na marketingowym myśleniu życzeniowym.

Strategia i rola marki

Szczególnie ciekawa wydaje mi się też rola marki, która w tym ujęciu pełni dwie role w różnych cyklach życia firmy:

  • Na początku tłumaczy wartość: jestem inny, oto dlaczego to wartość dla ciebie, kliencie.
  • Z czasem, gdy pojawiają się naśladowcy – staje się fosą: suma skojarzeń, lojalności i rozpoznawalności, które nowi gracze muszą mozolnie budować od zera.

To właśnie dlatego kopiowanie modelu lub wejście nowego konkurenta oferującego podobny produktu jest trudne, gdy na rynku jest już silna i rozpoznawalna marka. Przykład: nieudana próba przejęcia rynku Allegro przez globalnego eBay.com – bo marka oprócz produktu, to lata nabudowanego zaufania.

Dodatkowo, małe firmy będące pretendentem i próbujące walczyć o udział w rynku są ekonomiczne na przegranej pozycji by walczyć z dominującym graczem. Kluczowa jest tutaj koncepcja „Share of Voice” (czyli udziału „w głosie”, który dociera do rynku). Małe firmy z definicji nie mają takich budżetów aby konkurować z silniejszymi graczami, w praktyce więc nie mają szans na wygranie z nimi na polu marketingu. Przeczytaj więcej o tym tym tutaj: Czy twój budżet na marketing jest za mały?

Strategia musi być prosta

Równie istotna jak treść strategii okazuje się też jej forma. Strategia, która nie jest rozumiana przez pracowników, de facto nie istnieje. Możesz mieć najpiękniej opracowany dokument strategiczny na świecie, ale jeśli handlowiec, programista i kierownik działu obsługi klienta nie wiedzą, czego unikać i na czym się skupić, decyzje i tak będą podejmowane intuicyjnie. I nie będą zgodne ze strategią.

Problem ten dobitnie unaocznia badania MIT Sloan Business Review:

Brak strategii - większość pracowników nie potrafi wymienić strategicznych priorytetów

Większość pracowników (w tym połowa zarządów )  nie potrafi wymienić strategicznych priorytetów własnej firmy!
Źródło: MIT Sloan Business Review.

Ale konsekwencje są głębsze niż tylko niespójne decyzje.

Ludzie, którzy nie rozumieją po co coś robią, nie są w stanie twórczo współuczestniczyć w realizacji celów. Oni zamiast rozwiązywać problemy jedynie wykonują polecenia. Kierownictwo próbując nadać kierunek zaczyna kontrolować każdy krok, bo nie ufa, że zespół sam znajdzie właściwy kierunek (bo jak niby miałby to zrobić?!). Zespół z kolei przestaje przejmować inicjatywę, bo i tak wszystko wraca do szefa. Koło się zamyka: brak strategii rodzi mikromanagement, mikromanagement rodzi frustrację, frustracja rodzi rotację.

Prostota strategii nie jest więc estetycznym wyborem. Jest warunkiem koniecznym jej działania.

Inne książki: „Błękitny ocean” oraz „Playing to Win”

Trudno czytając „No Bullsh*t Strategy” nie pomyśleć o innej słynnej książce: „Strategia błękitnego oceanu”. Obie mają wspólną wizję: zamiast rywalizować na zatłoczonym rynku (czerwony ocean), szukaj przestrzeni bez konkurencji (błękitny ocean).

„Strategia błękitnego oceanu” w moim odczuciu stawia na rozbudowany, akademicki aparat analityczny, podczas gdy książka Smitha jest zdecydowanie bardziej pragmatyczna i zdroworozsądkowa. Jego podejście jest bliższe praktykującemu przedsiębiorcy niż konsultantowi strategicznemu. W stylu Alex Smith bardzo przypomina mi Marcusa Sheridana, autora książki „They Ask You Answer„, która również gorąco wam polecam.

Siłą rzeczy porównuję też „No Bullsh*t Strategy” z polecaną niedawno na blogu książką „Playing to Win”. Obie mają wspólną tezę: strategia to przede wszystkim wybory, a ich unikanie jest największym błędem organizacji. Ale dla mnie, jako marketera, największą wartością „Playing to Win” jest coś innego – strategiczna kaskada, która ma moim zdaniem olbrzymią wartość dla marketera. Kaskada wymusza rozmowę: czy nasze zasoby, budżet, kompetencje, czas są w ogóle adekwatne do wybranej strategii? Marketer, który potrafi posłużyć się kaskadą, może wyjść z roli „działu od reklam” i wejść do rozmowy o wdrożeniu na poziomie zarządu.

„Playing to Win” moim zdaniem to lepsza odpowiedź na pytanie: jak wygrać grę, którą już postanowiłeś rozegrać? „No Bullsh*t Strategy” to dla mnie pytanie wcześniej: w jaką grę w ogóle warto wejść?

Uważam, że obie książki są warte przeczytania, że razem dadzą pełniejszy obraz niż każda z osobna.
Gorąco polecam!

„No Bullsh*t Strategy: A Founder’s Guide to Gaining Competitive Advantage with a Strategy That Actually Works”, Alex M. H. Smith:
Kup książkę na Amazon

Wpisz swój adres e-mail, aby subskrybować tego bloga i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach pocztą e-mail.

Czy twój budżet na marketing jest za mały?

Budżet marketingowy B2B - jak duży?

Oczekiwania wobec marketerów w firmach B2B w zakresie budowania marki bywają ogromne, jednocześnie budżet na ich realizację bywa nieadekwatny (złośliwi mawiają, że homeopatyczny 😉). To częsty problem i powód do narzekań marketerów, z którymi rozmawiam.

Z drugiej strony jest dyrektor finansowy, albo zarząd który patrzą na budżet marketingowy jak na worek bez dna.

Kto ma rację? Jaki jest racjonalny poziom wydatków na marketing marki?

Co to jest Excess Share of Voice (udział w głosie) w marketingu?

Aby rozmawiać o poziomie wydatków na marketing marki należy sobie uświadomić, że żadna firma ani marka nie działa w próżni tylko w konkurencyjnym otoczeniu. Oznacza to, że każda markę toczy nieustającą walkę o uwagę przyszłych klientów oraz o utrwalenie w ich pamięci obrazu marki, skojarzenia z marki z produktem oraz wartością jaką mogę uzyskać. Im ten obraz uda nam się bardziej utrwalić, tym silniejsza marka. A dlaczego warto silną marką posiadać pisałem w 4 efekty silnej marki w marketingu B2B).

Dokładnie tę zależność zbadali Peter Field oraz Les Binet. Wykazali oni, że istnieje korelacja pomiędzy udziałem w informacjach, które docierają do odbiorców a wzrostem udziałów w rynku – co opisali w książce The Long and the Short of It.

ESOV Excess Share of Voice 0- nadmiarowy udział w głosie

Zależność pomiędzy Excess Share of Voice a zmianą udziałów rynku.
Źródło: „The Long and he Short of it”.

Wykres ten pokazuje, jak nadwyżka głosu reklamowego (Excess Share of Voice, ESOV – oś X) przekłada się na przyszły wzrost udziałów rynkowych (Share of Market, SOM – oś Y). Współczynnik regresji 0,05 oznacza, że każde 10 punktów procentowych ESOV prowadzi w perspektywie 12-24 miesięcy do średnio do 0,5–1 p.p. wzrostu udziału w rynku rocznie.

Spostrzegawczy z was zauważą, że na wykresie, wzrost udziałów rynkowych następuję również przy ujemnym ESOV. Wynika to z tego, że pokazywana zależność nie jest twardym prawem ale jedynie heurystyką, a poza tym istnieją czynniki wzrostu takie jak jakość samego produktu, dystrybucja czy cena.

Pomimo, że oryginalnie Binet i Fields wysnuli swoje obserwację głównie dot. B2C (analizowali zagregowanie dane z około 1000 kampanii z lat 1998–2012, z rynku UK zawartych w IPA Databank), to potwierdzili, że ta zależność występuje również w B2B w raporcie The 5 Principles Of Growth In B2B.

Nie dać się zagłuszyć

Konsekwencje tych zależności dla ustalania wielkości budżetu marketingowego wydają się więc oczywiste:

[obrazek wzrostu]

  • Konsekwencja 1: Wydając mniej niż konkurenci tracisz rynek – oszczędności na budżecie marketingowym nie tylko uniemożliwiają aby działania marketingowe wspomagały wzrost, ale są czynnikiem UTRATY udziałów w rynku.
  • Konsekwencja 2: Wydając tyle co inni utrzymujesz status quo – często stosowana w B2B reguła określenia budżetu w odniesieniu benchmarku rynkowego. Polega na określeniu ile w danej branży średnio (np. jako procent przychodów) wynosi budżet marketingowy i dostosowanie się do tego benchmarku. W świetle powyższych faktów taki poziom wydatków jest zbyt mały aby marketing mógł być istotnym czynnikiem w rozwoju firmy – w takich warunkach może on jedynie pomóc utrzymać obecne status quo.
  • Konsekwencja 3: Wzrost wymaga inwestycji – Jeśli chcesz aby to marketing był jednym z czynników wzrostu firmy, to wymaga on ponadprzeciętnych inwestycji.

Inwestycja marketing nie jest więc „kupowaniem efektów”, które będą proporcjonalne do wydatków.  Jak masz mniej środków to kupisz ich mniej, a gdy masz więcej to kupisz ich więcej. To bardziej przypomina próbę przekrzyczenia konkurentów na zatłoczonym rynku. Jeśli będziesz krzyczał zbyt cicho (zbyt mały poziom wydatków) to twój głos nie wyjdzie poza poziom szumu i zostaniesz zagłuszony przez innych, którzy odbiorą ci rynek.

Jak widać marketing to nie jest koszt, który trzeba za wszelką cenę minimalizować jak cenę papieru do drukarki. To inwestycja, by rozepchać się, dotrzeć i przekonać do siebie klienta na zatłoczonym rynku.

I na tym można by skończyć podsumowując (z lekkim poczuciem wyższości), że jak zarząd chce traktować marketing poważnie, to musi być gotowy w niego poważnie zainwestować. Tyle tylko, że taka konstatacja pomija jeden drobny szczegół: realne ograniczenia w możliwościach inwestycyjnych przedsiębiorstw.

Skąd pieniądze na eSOV?!

Jeśli marka ma cieszyć ponadprzeciętnym Share of Voice, czyli większym niż wynika to z udziału rynkowego to oznacza, że musi trwale wydawać (proporcjonalnie) więcej pieniędzy na marketing niż konkurenci.

Tylko, czy to w ogóle jest możliwe? Czy możliwe jest trwałe wydawanie na marketing niż wszyscy inni – a pamiętać należy, że marketing jest kosztem finansowanym z bieżącej działalności. Przy założeniu, że wszystkie inne zmienne są stałe, typu: cechy produktu, innowacja, technologia, know-how czyli to wszystko co wpływa na sukces biznesowy POZA marketingiem – oczywiście nie! (pomijam wszelkie szczególne przypadki jak zewnętrzna inwestycja, która umożliwia taki poziom wydatków albo np. wejście dużego gracza na lokalny rynek).

Czy to wszystko oznacza, że co do zasady wzrost firmy nie może być wygenerowany przez marketing?!

Strategia: najskuteczniejsza dźwignia ESOV

Strategia jest najskuteczniejszą dźwignią wzrostu – szczególnie wtedy, gdy zasoby są ograniczone. To właśnie ona pozwala skoncentrować czas, budżet i uwagę zespołu na działaniach, które naprawdę mają znaczenie. W końcu każda organizacja musi wybierać, gdzie włożyć energię, a co świadomie odpuścić.

Dokładnie to omawiam w podcaście S2E1: Strategia – strategia to nie plan ani lista zadań, ale proces koncentracji ograniczonych zasobów w jednym kierunku, który daje największą szansę na trwałą przewagę. Pomocnym narzędzie też może być tzw. „strategiczna kaskada” opisana w książce „Paying to Win”.

Jak to się ma do naszego dylematu związanego z budżetem marketingowym? Odpowiedź staje się oczywista, gdy spojrzysz na zależność pomiędzy Share of Voice (SOV) a koncentracją działań w konkretnym segmencie rynku.

Share of Voice (SOV) w zależności przy skupieniu budżetu na konkretnym segmencie rynku

Share of Voice (SOV): i skupieniu budżetu na konkretnym segmencie rynku.
(Ilustracja własna).

Jak widać wielkość budżetu to nie jest jedyna dźwignia, dzięki której można zwiększyć osiągany Share of Voice? Istnieje też inna droga: można go dramatycznie zwiększyć koncentrując się na wybranym segmencie rynku.

Nie jest to tylko ćwiczenie matematyczne. Koncentracja na konkretnym segmencie rynku ma również głębokie uzasadnienie biznesowe. Dla przypomnienia: segmentacja to podział rynku na jednorodne grupy które mają podobne cechy, potrzeby, wyzwania lub zachowania zakupowe. Chodzi o to by móc lepiej dopasować ofertę, komunikację i model obsługi do tego, czego naprawdę potrzebuje dana grupa firm.

Koncentracja na segmencie dla którego twoja oferta jest wyjątkowo dobrze dopasowana (bo to od niego należałoby zacząć) pozwoli osiągać ponadprzeciętne wyniki nie tylko dlatego, że marketing będzie mógł wspierać za pomocą Excessive Share Of Voice (ESOV) (to tylko , ale przede wszystkim, że łatwiej będzie wygrać z konkurencją na poziomie samej oferty i – prawdopodobnie – realizować wyższą marżę. Tak wypracowane zyski można następnie reinwestować w zdobywanie udziału w rynku w kolejnych segmentach.

No ale jest jeden haczyk: nie da się rozmawiać o skupieniu środków na strategicznych kierunkach, jeśli firma strategii nie posiada.

Budżet czy strategia?

W świetle wszystkiego, o czym była mowa wcześniej, warto zadać sobie jedno proste pytanie: Co możesz zrobić jako osoba odpowiedzialna za marketing, by zwiększyć szansę na sukces – swój i swojej firmy?

Masz zasadniczo dwie drogi:

Opcja 1: Walcz o większy budżet marketingowy

Jeśli chcesz rosnąć szybciej niż konkurencja, potrzebujesz silniejszego głosu (ESOV).
Zanim jednak pójdziesz do zarządu z prośbą o większe środki, zadaj sobie kilka pytań:

  • Jak mogę oszacować udział w głosie mojej marki na tle innych konkurentów i czy jest on „na poziomie szumy”?
  • Czy Twój obecny budżet pozwala przebić szum i realnie zaistnieć w świadomości rynku?
  • Jak duży budżet byłby potrzebny, by stało się to możliwe?
  • Jak długo musiałbyś utrzymać wyższy poziom wydatków, zanim efekty marki przełożą się na sprzedaż? (To opóźnienie możesz oszacować, korzystając z modelu – patrz plik Excela na dole artykułu: Regule 95:5 – dlaczego możesz sprzedawać tylko do 5% klientów).

Opcja 2: Walcz o strategiczne skupienie na segmencie

Jeśli budżet nie urośnie – wzmocnij skuteczność dzięki koncentracji.
Zastanów się:

  • Czy Twoja firma ma jasno określoną strategię biznesową – czyli pomysł jak chce wygrywać na rynku?
  • Czy potrafisz na tej podstawie opracować segmentację rynku, by wiedzieć, gdzie marketing ma największy wpływ?
  • Czy masz przygotowaną strategię marketingową, która wspiera ten kierunek – w tym strategię marki?

Moim zdaniem nie ma jednej właściwej odpowiedzi, która z tych opcji w lepsza, to oczywiście zależy to od konkretnej sytuacji.

Ale być może zechcesz się podzielić swoją sytuacją w komentarzu: Masz budżet za mały w stosunku do celów, czy cele za duże w stosunku do budżetu?

Wpisz swój adres e-mail, aby subskrybować tego bloga i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach pocztą e-mail.

Podcast S2E9: Marka w marketingu B2B

Podcast: Marka w marketingu B2B

Wydaje mi się że w firmach B2B marka często traktowana jako sprawa mglista, o niejasnej wartości i często drugorzędna. W najlepszym wypadku to luksus, na który nie warto wydawać pieniędzy.

To chyba wynika z powszechnego przeświadczenia ze sprzedaż w B2B to nie emocje tylko zimna kalkulacja oraz dogłębna analiza wszystkich za i przeciw dokonywana przez członków komitetu zakupowego a wszelkie wątpliwości i obawy klienta da się rozwiązać sprzedażą konsultacyjną umiejętnie prowadzoną przez sprzedawcę-eksperta. Cała trudność polega to dotarcie do właściwej osoby decyzyjnej.

Mam nadzieję, że ten odcinek dostarczy ci wielu argumentów w rozmowach, dlaczego nie jest to najrozsądniejsze podejście. Ale znajdziesz tam o wiele więcej informacji:

  • Co to w ogóle to jest „marka” i skąd się wzięła?
  • Dlaczego dla kupujących w B2B marka jest pomocna?
  • Jakich efektów z posiadania silnej marki można się spodziewać na poziomie marketingu i sprzedaży?
  • Jak działają mechanizmy psychologiczne, które powodują, że marka wpływa na decyzje zakupowe klientów – szczególnie w B2B?
  • Jak zabrać się za budowanie silnej marki w B2B?
  • Jak mierzyć markę?
  • W jaki sposób rozmawiać o inwestycji w markę zarządzającymi firmą?

A na koniec (jeśli dotrwasz do końca podcastu – a ten odcinek jest wyjątkowo długi) odpowiem na pytanie: Czy marka może tworzyć przewagę konkurencyjną w B2B? I myślę, że ta odpowiedź może cię zaskoczyć! 😉

Miłego odbioru!

pobierz: plik MP3 (102 MB, długość 1h 35 min.)

Subskrybuj podcast:

Notatki do odcinka:

Wpisz swój adres e-mail, aby subskrybować tego bloga i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach pocztą e-mail.

Marka pomaga małym zdobywać rynek, a dużym go bronić

Czy mała marka może wygrać konkurencję z dużą marką?

Coraz częściej mniejsze firmy zauważają potrzebę posiadania silnej marki, jednak brak oczekiwanych efektów powoduje, że początkowy entuzjazm związany z marką ustępuje rozczarowaniu oraz przekonaniu, że na inwestycję w markę mogą pozwolić sobie jedynie duże firmy z dużymi budżetami marketingowymi.

Czy zatem małe firmy są w tej konkurencji skazane na porażkę?

Excess Share of Voice (ESOV)

Okazuje się, że wzrost udziałów w rynku jest skorelowanych z tzw. ESOV (ang. excessive share of voice, czyli nadmiarowym udziałem głosu). Oznacza to sytuację, w której marka jest bardziej widoczna w swojej kategorii niż wskazywałby na to jej udział rynkowy. W uproszczeniu: im bardziej twoja marka niż marki konkurencyjne jest „widoczna” dla klientów (w wyniku działań reklamowych, contentowych, czy innych), tym większą masz szansę na wzrost udziału w rynku.

Zależność tę zaobserwowali analizując dane realnych kampanii marketingowych Les Binet, Peter Field, co opisali w publikacji The Long and the Short of It.

ESOV Excess Share of Voice Nadmiarowy udział głosu

ESOV Excess Share of Voice (nadmiarowy udział głosu). Źródło: „The Long and Short of It”, Les Binet, Peter Field.

W sumie to bardzo zdroworozsądkowa zależność: im bardziej widoczny jest twoja marka dla potencjalnych klientów, tym większy jej wpływ na ich decyzje zakupowe.

Jednak w tej bardzo prostej zależności kryje się oczywista dla małych firm trudność: jak wygrać ten wyścig o uwagę i skojarzenia klientów na rynku zdominowanym przez dużo większych konkurentów będąc małą firmą? Przecież z jednego, prostego powodu mała firma nie ma szans tego wyścigu wygrać – jej budżet marketingowy jest po prostu dużo mniejszy. Porównując działania marketingowe do megafonu, niewielki megafon małej firmy niemal zawsze zostanie zagłuszony przez wielki megafon wielkiej firmy.

Czy zatem w przypadku małych firm osiągnięcie wysokiego ESOV w ogóle jest możliwe?

Mając mały budżet musisz mieć strategię

Duże marki inwestują miliony, dzięki czemu są stale obecne w świadomości klientów. Małe firmy nie mogą sobie na to pozwolić — ale to nie znaczy, że są skazane na porażkę. Jak więc mała firma może wygenerować większy udział głosu, dysponując ułamkiem budżetu liderów rynku? Odpowiedź: poprzez koncentrację środków.

Próba konkurowania z dużymi markami na całym rynku to droga donikąd. Mając ograniczony budżet, nie da się przebić przez informacyjny szum generowany przez Twoich konkurentów. Dlatego jedynym sensownym rozwiązaniem jest zawężenie grupy docelowej — czyli zamiast konkurować na całym rynku skupienie się na mniejszej rynkowej niszy. Dzięki temu, marka zyskuje większą widoczność w węższym gronie klientów, a więc osiąga lokalny ESOV.

Share of Voice (SOV) w zależności przy skupieniu budżetu na konkretnym segmencie rynku

Share of Voice (SOV): i skupieniu budżetu na konkretnym segmencie rynku. (Ilustracja własna).

Ale jest jeden „haczyk”.

Skupienie sił, budżetu i środków na wąskiej niszy MUSI wiązać się decyzją porzucenia działań marketingowych na pozostałej części rynku, bo tylko wtedy (szczególnie małej firmie dysponującej niewielkimi środkami) może udać się do tej lokalną przewagi doprowadzić. To jedna z częstych przyczyn porażek małych firm, które ulegając pokusie walki na zbyt szerokim rynku skazują się na przegraną.

Owo świadomie skupienie środków to nic innego jak osławiona „strategia”. To właśnie w ten sposób wielcy stratedzy wojskowi wygrywali z silniejszymi tworząc imperia a ulegając pokusie walki na wielu frontach doznawali porażek. Dokładnie w ten sam sposób działa zarządzanie strategiczne, które opiera się skupieniu zasobów na wybranym obszarze (posłuchaj podcastu S2E1: Strategia, w którym dokładnie analizuję ten mechanizm i na przykładzie wielkich postaci historycznych, i na przykładach biznesowych).

Strategiczne skupienie daje jeszcze jedną przewagę nad silniejszym konkurentem: oferta skierowana do ściśle określonej niszy rynkowej ma szansę być lepiej dopasowana do jej specyficznych potrzeb. Mała firma skupiona na niszy może mówić językiem odbiorcy, rozumieć jego problemy i oferować specyficzne rozwiązania. Może lepiej dopasować i ofertę, i komunikację do konkretnego odbiorcy podczas gdy duże firmy często muszą tworzyć przekaz „dla wszystkich”, w efekcie czego ich komunikacja bywa ogólna i mniej angażująca. Ta personalizacja staje się ogromną przewagą konkurencyjną.

Generalnie strategiczne skupienie oraz wszystko co z tym związane („unikalność” marki czy specjalizacja lub skupienie na określonym segmencie rynku) to gra która mocno faworyzuje mniejszych graczy, bo oni są na tyle mali, że dla nich nawet wąski wycinek rynku na którym mogą się kupić to i tak duży obszar do zdobycia. Jak zauważają Les Binet i Peter Field ma to swoje odbicie w efekcie ESOV. Im bardziej komunikacja wyróżnia się i jest łatwiej zapamiętywalna, tym ten efekt jest silniejszy (prosta na wykresie jest bardziej pionowa).
I to jest ich przewaga!

Duże firmy nie mają tego komfortu, bo (z racji po prostu swojej wielkości) muszą grać o udziały w całym rynku. Nie mogą sobie pozwolić ignorowanie zbyt wielu segmentów. Stąd „duże” marki często są wydają się generyczne i „dla każdego”.
No ale ich olbrzymią przewagą jest rozpoznawalność marki i penetracja rynku.

Od niszy do szerokiego rynku

Czy zatem strategia zakładająca skupienie na niszy rynkowej to uniwersalny przepis na sukces? Do pewnego momentu – tak. To fakt, sukces w niszy często prowadzi do wzrostu firmy. Ale co dalej?

Aby kontynuować ten wzrost, w końcu trzeba będzie wyjść poza tę niszę — a to oznacza konieczność:

  • rozciągnięcia budżetu na szerszy rynek
  • modyfikacji przekazu marketingowego (a być może i samego produktu) tak, by był atrakcyjny dla nowych grup odbiorców, co może prowadzić do utraty dotychczasowej tożsamości marki.

Przejście od „marki niszowej” do „marki masowej” wymaga więc – szczególnie w początkowej fazie – nieproporcjonalnie wysokich inwestycji w markę: jeszcze nie jesteśmy dużą firmą z dużymi zasobami, ale już musimy osiągnąć przewagę w ESOV aby zdobywać rynek, jednocześnie tracąc przy tym przewagę komunikacyjną związaną z odnoszeniem się do specyficznych potrzeb niszy.

To bardzo trudny moment i pokonanie tej bariery udaje się jedynie bardzo nielicznym firmom, które mogą pozwolić sobie na tak dużą inwestycję. Zazwyczaj to firmy, które są albo wyjątkowo zyskowne i mogą sobie na taką inwestycję pozwoli (np. dzięki unikalnej przewadze technologicznej, albo wyjątkowo zyskownemu modelowi biznesowemu, itp.), albo firmy, które otrzymają zastrzyk zewnętrznych funduszy (np. pozyskanie inwestora, pozyskania funduszy z giełdy, itp).

Marka jak fosa

A teraz zmieńmy punkt widzenia i spróbujmy spojrzeć na tę sytuację z punktu widzenia gracza dominującego na rynku. W jego przypadku, gdy przestrzeń do wzrostu udziałów rynku jest już ograniczona marka staje się bardziej mechanizmem obronnym niż narzędziem pozyskiwania udziałów w rynku i działa jak fosa, która chroni firmę przed konkurencją i pozwala jej utrzymać dominującą pozycję rynkową:

  • Jeśli marka jest silnie zakorzeniona w świadomości klientów to jest ich pierwszym  skojarzeniem związanym z rozwiązaniem danego problemy biznesowego (tzw. category entry point). Nowi gracze muszą więc najpierw przebić się do świadomości odbiorców aby ci w ogóle wzięli ich pod uwagę w procesie zakupu – a to kosztuje czas i nakłady marketingowe.
  • Jeśli silna marka zbudowała emocjonalną więź z klientami, to klienci są mniej skłonni do eksperymentowania z tańszymi lub nowymi konkurentami. Szczególnie w B2B, gdzie wrogiem zamiany (np. zmiany dostawcy) jest utrzymanie status-quo i obawa przed zmianą oraz ewentualną odpowiedzialnością za porażkę, to zaufanie działa jak bariera wejścia dla innych firm.
  • Marka jest wreszcie czynnikiem wpływającą na marże. Dzięki niej firmy sprzedawać swoje produkty po wyższej cenie niż konkurencja, mimo że koszty produkcji są zbliżone. Klienci są gotowi płacić więcej za markę, a niekoniecznie za lepszy produkt (przeczytaj: 4 efekty silnej marki w marketingu B2B). To daje dominującym graczom wyższą marżę i więcej środków na pogłębienie fosy.

W przypadku firm dominujących na rynku, rzadko mamy do czynienia ze strategią specjalizacji i niszy, gdyż (niemal z definicji) takie firmy muszą być atrakcyjne dla szerokiego rynku. Częściej będzie więc mowa o bezpieczeństwie, stabilności, doświdczeniu niż konkretnych rozwiązaniach.

W takich firmach marka pełni bardziej rolę defensywną niż głównego czynnika wzrostu (ten wzrost będzie częściej realizowany przez dywersyfikację oferty czy cross selling). Silna marka działa jak fosa tworząc barierę psychologiczną i ekonomiczną, która chroni firmę przed konkurencją, zmniejsza wrażliwość na cenę, oraz zwiększa lojalność klientów.

Jaki marketing dla dużej firmy a jaki dla małej?

Czy te różnice powinny mieć odzwierciedlenie w tym, jak konstruować działania marketingowego dla dużej a jakie dla małej firmy?

Po raz kolejny z pomocą przychodzi nam Peter Field, który przeanalizował dane dot. kampanii marketingowych, tym raz pod kontem optymalnego podziału budżetu marketingowego pomiędzy bezpośrednie wsparcie sprzedaży a budowanie marki biorąc pod uwagę dojrzałość marki na rynku:

Mała marka vs duża marka vs lider rynku - optymalny podział budżetu (Peter Fields)

Źródło: Peter Field

Jak widać, w przypadku nowej marki w swoim pierwszym roku działalności optymalne jest położenie większego nacisku na marketing wsparcia sprzedaży, na który powinno pójść 2/3 (choć nie cały!) budżet marketingowy.

Można to spojrzeć w ten sposób: na bardzo wczesnym etapie funkcjonowania firmy celem jest przechwycenie „istniejącego popytu” czyli dotarcie do tych osób, które już czekały na rozwiązanie i które są gotowe kupić od marki, mimo, że jej wcześniej nie znały. To tzw. „early adopters”, którzy nie są bardziej skłonni do ryzyka zakupu nowych produktów niż reszta rynku.

To zmienia się w kolejnych latach. Kolejne, dominujące grupy klientów są bardziej wrażliwe na ryzyko zakupu nieznanego rozwiązania dlatego znaczą role zaczyna odgrywać budowanie marki – a ponieważ działania związane z budową marki charakteryzują się olbrzymim opóźnieniem, to dlatego już w pierwszym roku działania część budżetu powinna być na to przeznaczona. To właśnie zachowana tej większości „normalnych” klientów sprawiają, że tak istotnym czynnikiem w procesie zakupu jest marka i że wpływa nie tylko skuteczność sprzedaży ale również na marże (ponowie zachęcam do przeczytania: 4 efekty silnej marki w marketingu B2B).

Dlatego optymalne proporcje pomiędzy marketingiem wsparcia sprzedaży a budową marki zmieniają się w czasie. Jeśli małe firmy zbyt długo stawiają głównie na marketing wsparcia sprzedaży, a zbyt mało na budowanie marki, to pomimo początkowego sukcesu w grupie early adopters marka jest nieznana dla większości kupujących w danej kategorii, co utrudnia wzrost firmy.

Ostatecznie gdy firm osiąga status lidera rynku, to większość zadania marketingu sprowadza się do tego, aby marka była lepiej rozpoznawalna, ciesząca się większym zaufaniem oraz była emocjonalnie powiązana z odbiorcami niż inne marki w tej samej kategorii.

Podsumowanie

Marka pełni nieco inną rolę w przypadku dużych i małych firm.

Dla dużych graczy jest przede wszystkim mechanizmem obronnym — zazwyczaj podkreśla bezpieczeństwo wyboru, doświadczenie, tworząc w ten sposób psychologiczną i ekonomiczną barierę, która utrudnia konkurencji zdobycie udziałów w rynku, chroni marże oraz wzmacnia lojalność klientów. Działa jak fosa, która zabezpiecza pozycję lidera.

Z kolei dla małych firm marka może być narzędziem wzrostu – pod warunkiem, że działają strategicznie. Osiągnięcie przewagi nie wymaga dużych budżetów, ale precyzyjnej strategii: koncentracji na wąskiej niszy, zrozumienia potrzeb odbiorców i budowania wyrazistego, zapamiętywalnego przekazu. Małe firmy zazwyczaj podkreślają specyficzne cechy produktu, dostosowanie do konkretnych wymagań. Niemniej dalszy rozwój i wyjście poza początkową niszę jest bardzo trudne i wymaga dużych nakładów, co powoduje, że udaje się bardzo niewielu firmom.

Wpisz swój adres e-mail, aby subskrybować tego bloga i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach pocztą e-mail.

The Long and the Short of It

Książka: Long and Short of It

Dziś chciałbym się podzielić z wami fundamentalną pozycją poświęconą tematowi efektywności marketingu. Nie jest to klasyczna książka, to właściwie raport ze szczegółowej analizy realnych danych na temat kampanii marketingowych. Ich źródłem jest IPA Institute of Practitioners in Advertising (IPA) Effectivness Databank, czyli obszerna baza danych, w której znajdują się studia przypadków i badania efektywności nagradzanych kampanii reklamowych z Wielkiej Brytanii zebranych na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Zawiera dane o tym, jak różne strategie marketingowe, podejścia kreatywne i kanały medialne wpłynęły na wyniki biznesowe, takie jak sprzedaż, świadomość marki czy zaangażowanie klientów.

Aby zrozumieć i docenić doniosłość ten publikacji warto sobie uświadomić w jakim momencie historii  rozwoju marketingu została wydana. Był to rok 2010, czyli moment kulminacji szybkości z jaką od ponad dekady postępowała błyskawiczna digitalizacja marketingu:

  • późne lata 90’te – narodziny reklamy internetowej ,
  • ok. 2000 rok – narodziny SEO i SEM kiedy Google prowadza AdWords
  • 2000-2005 – gwałtowny rozwój marketingu afiliacyjnego
  • od 2005 – platformy social mediowe zaczynają marsz po miano głównego medium reklamowego
  • 2010 – powstaje reklama programatywna

To też moment gwałtownego rozwoju branża MarTech, która sprzedaje iluzję pełnej mierzalności marketingu oraz forsuje (trwającą z resztą do dziś) modę na redukcję oceny efektu marketingu do jednej prostej miary: marketing ROI, której jedną z wielu ograniczeń jest dramatycznie niedoszacowanie długofalowego wpływu marketingu na biznes. Wszystkim wydaje się, że tzw. performance marketing to panaceum na wszelkie problemy związane marketingiem (nota bene: jednym ze słynnych przypadków marki, która wpadła w tę pułapkę był Adidas).

W tych właśnie okolicznościach pojawia się publikacja „The Long and the Short of It”, a jej autorami są nie marketerzy ale analitycy.

Les Binet to ekspert w dziedzinie efektywności marketingowej, z wykształcenia fizyk (Uniwersytet Oksfordzki) i specjalista ds. sztucznej inteligencji (Uniwersytet w Edynburgu). Znany jest z wyjątkowo analitycznego i matematycznego podejścia do reklamy. Jest szefem działu efektywności w wiodącej na globalnym rynku agencji reklamowej DDB. Współautorem jest Peter Field, z którym Binet realizował badania dziś powszechnie uznawane za fundamentalne dla zrozumienia czynników wpływających na efektywność marketingu.

Krótko- i długofalowy- marketing

Tytuł jest książki jest idiomem, grą słów, który ma z jednej strony podkreślać różne funkcje jaki pełnią działania bezpośredniego wsparcia sprzedaży oraz długofalowego oddziaływania marki, a z drugiej strony to, że dopiero te połączenie obu tych perspektyw daje najlepsze rezultaty.

Te pierwsze, to zazwyczaj mocno racjonalne komunikaty pro-sprzedażowe, silnie oddziałujące w krótkim okresie, ale też nie pozostawiające trwałego efektu. Te drugie, to zazwyczaj budujące obraz marki, często oparte o emocje, które oddziałują dużo subtelniej w długim okresie czasu, ale za to w sposób nieporównanie bardziej trwały i w dodatku wpływają na akceptację poziomu.

Na słynny wykresu poniżej pochodzący z tejże publikacji natknął się chyba każdy, kto choć trochę interesuje się rolą marki w marketingu.

krótkofalowy i długofalowy efekt marketingu "Long and Short of it"

Wpływ na sprzedaż racjonalnego (krótkofalowego) i emocjonalnego (długofalowego) przekazu marketingowego (Źródło: „Long and Short of It”, IPA)

Właśnie wokół umiejętnego łączenia oby tych efektów krąży analiza autorów. Wybrałem z nich kilka, moim zdaniem najbardziej relewantnych dla marketerów B2B:

  1. Wpływ na cenę mają przede wszystkim działania długoterminowe – Szybki wzrost sprzedaży można osiągnąć w krótkim czasie poprzez wsparcie sprzedaży, ale trwałe efekty dotyczące marki oraz akceptacji wyższych cen przez kupujących wymagają więcej czasu.
  2. Długoterminowe efekty wymagają innego podejścia – NIE DA SIĘ osiągnąć długoterminowych celów związanych z marką, za pomocą kumulacji krótkookresowych działań związane z bezpośrednim wsparciem sprzedaży. Kampanie oparte na krótkoterminowych wynikach (np. promocje) nie są tak skuteczne w długim okresie jak kampanie budujące markę, które przynoszą ciągły wzrost biznesowy (patrz: przypadek Adidasa powyżej).
    Przeczytaj: Czy do budowy marki nadają się treści sprzedażowe?
  3. Koncentracja wyłącznie na wsparciu sprzedaży prowadzi do erozji marki – a do tego, własnie prowadzi ocena marketingu za pomocą Marketing ROI – krótko-okresowe wyniki łatwo wykazać, długookresowe wymykają się ocenie. To prowadzi do w i skuteczności sprzedaży, ale – co gorsza – również marży.
    Marketing ROI prowadzi do erozji marży i sprzedaży

    Marketing ROI prowadzi o przesunięcia całości na marketing wsparcia sprzedazy (sales activation) 

  4. Najwyższa efektywność to równowaga między budową marki a wsparciem sprzedaży – działania skupione na krótkoterminowej sprzedaży różnią się od tych, które zwiększają w długim okresie akceptację wyższej ceny przez kupujących. Najlepsze rezultaty przynosi połączenie obu celi, dlatego konieczne jest połączenie działań budujących markę z tymi bezpośrednio wspierającymi sprzedaż. Badania wskazują, że optymalny podział budżetu to 60% na budowanie marki i 40% na aktywację sprzedaży. Proporcje te zależą jednak od specyfiki danej kategorii i podziału wydatków w niej występujących.
  5. Nadmiarowy udział głosu (ang. excess share of voice ESOV) motorem wzrostu udziału w rynku – metodą na zwiększenie udziału sprzedaży w rynku jest osiągnięcie nadmiarowego „udziału głosu” w komunikacji, która dociera do klientów. Tzn. jeśli marka ma udział 10% sprzedaży w rynku, a udział marki w informacjach, które docierają do potencjalnych klientów wynosi 30% to nadmiarowy udział głosu wynosi 20%. Co więcej, istnieje liniowa zależność, pomiędzy ESOV a wzrostem udziałów w rynku, która wynosi 0,05 (tj.: utrzymanie przez rok 20% nadmiarowego udziału w głosu prowadzi do wzrostu udziału w rynku o 1%).
    ESOV Excess Share of Voice Nadmiarowy udział głosu

    Zależność pomiędzy wzrostem udziały rynkowego (Share of Market, SOM) a nadmiarowego udziału głosu (Excess Share of Voice, ESOV). Źródło: „The long and the short of it„.

  6. Siła emocji w kampaniach – Kampanie emocjonalne, zwłaszcza kreatywne i generujące „buzz”, mają większy wpływ na długoterminowy sukces niż kampanie, które ograniczają się do racjonalnego przekazu, które są bardziej efektywne w krótkim okresie. Te pierwsze bardzo długo i silnie oddziałują bo są bardzo długo pamiętane (pamiętasz „Dziadka z Allegro” sprzed prawie dekady?) a te drugie gry przestają być emitowane błyskawicznie znikają w szumie informacyjnym.
  7. Wideo najlepiej przekazuje emocje – Reklama w formie wideo, przedstawiającą emocjonującą historię jest najskuteczniejszym nośnikiem emocji, stąd jest kluczowa w budowaniu marki (autorzy szczególny nacisk kładą na telewizję, aczkolwiek mam wątpliwości, czy jest to relewantne do B2B, tym bardziej, że od czasu publikacji znaczenie i zasięg telewizji istotnie zmalał).
  8. Pomiar efektów marketingowych – Tak jak nie ma jednej formy marketingu, które jest panaceum (patrz punkt 3. powyżej), tak nie ma jednej miary (jak np. marketing ROI). Dlatego marketerzy, aby móc realnie ocenić efekt swoich działań powinni korzystać z szerokiego zestawu wskaźników, które monitorują zarówno efekty krótkoterminowe, jak i długoterminowe.

Oczywiście, że trzeba pamiętać, że „The Long and the Short of It” zawiera analizę głównie kampanii marketingowych skierowanych do rynku B2C. Niemniej jak pokazują badania, efekty marki oddziałują na emocje kupujących równie skutecznie na kupujących w B2B. Dlatego uważam, że to pozycja, która powinna być elementem kanonu lektur dla absolutnie każdego marketera, również B2B. Ponad 80 stron wniosków popartych gromadzonymi przez lata danymi to samo marketingowe mięso. Ba! To marketingowy befsztyk tatarski!

Kup książkę: „The Long  and the Short of It” Les Binet, Peter Field:
Zamów na Amazon.com

Wpisz swój adres e-mail, aby subskrybować tego bloga i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach pocztą e-mail.